Poniższy tekst jest mojš osobistš relacjš z wyjazdu do Czadu w dniach 29.01.2012 - 14.01.2012. Była to pierwsza polska wyprawa saharyjska w te rejony. Poza relacjš i załšczonymi zdjęciami dostępna jest również dodatkowa galeria.


29 I 2012 - Kierunek Czad

Sau Paulo! Sau Paulo! Głos stewardesy brzęczał mi w uszach. To gate B48 na lotnisku we Frankfurcie szuka ostatnich pasażerów. Jeœli dobrze usłyszałem w transfer desk-u to o 21:25 będzie to mój gate. Ethiopian Airways, od niedawna członek Star Alliance, nie jest jeszcze obsługiwany w transfer desk-u i o kartę pokładowš mam starać się przy bramce. Niestety tablice informacyjne milczš, która to będzie bramka (teraz już wiem - B43). Przynajmniej znalazłem sobie wygodny leżak i z pozycji horyzontalnej obserwuje przelewajšce się masy ludzkie. Przypadkowo uszczęœliwiłem jakšœ Amerykankę (mogła usišœć przy koleżance) zmieniajšc leżak tak, aby móc obserwować wydarzenia przy moim gate-cie.
Lot do Czadu na dwóch biletach okazał się wybawieniem w Oslo. Linie lotnicze preferujš, aby ludzie korzystali z maszyn i sami drukowali karty pokładowe. Bagaż nadaje się jednak w baggage drop, a kolejka do tego należšcego do SASa była niewyobrażalna. Na szczęœcie ja miałem problem – bagaż chciałem nadać aż do N’Djameny, a tego maszyna dla mnie nie zrobi. Rozejrzałem się więc za odprawš w starym stylu – najlepiej z miłš paniš po drugiej stronie. Tego checkin desk-u bronił jednak postawny i wyjštkowo poważny Norweg. Po krótkiej i uprzejmej dyskusji, w której ustaliliœmy, że mam dwa bilety pozwolił mi stanšć w kolejce składajšcej się z kilku osób. Przy checkin desk-u wylegitymowałem się biletem Ethiopiana i pani była tak miła, że nadała bagaż aż do N’Djameny (wizę do Czadu sprawdziła). We Frankfurcie przy załatwianiu karty pokładowej musiałem pokazać potwierdzenie nadania. Patrzyłem jak moja torba znika na taœmie i w duchu zastanawiałem się czy i kiedy jš znowu zobaczę...


30 I 2012 - N'Djamena

W Czadzie nie padało od miesięcy (dokładnie od czerwca) i komary sš na wymarciu. Podobno... właœnie zabiłem dwa. Kto wie - może to były dwa ostatnie? Jestem w hotelu Golf w N’Djamenie o adresie nieustalonym. Podobno najtańszy w mieœcie – tylko 60 euro za noc. Za takš cenę przeœcieradła piorš, ale nie za często. Moje na szczęœcie wyglšda znoœnie, choć żałuję, że je podniosłem aby obejrzeć materac. Łazienkę trzymam zamkniętš z uwagi na wydobywajšce się z niej nazwijmy to... zapachy. Zwlekam z wzięciem prysznica jak tylko mogę, ale w końcu się łamię. Z pomocš przychodzi mi ten niezwykły dar natury, który powoduje że zdolnoœć odczuwania nawet najmniej przyjemnych odorów znika po około 30 sekundach.
Telewizor rzuca swoje niebieskawe œwiatło na œcianę i pokazuje ruchome obrazy przepychu Dubaju. Zmieniam kanał. Przeważajš programy arabskie. Odnajduje tutejszy kanał muzyczny. Bardziej od muzyki (wszystkie piosenki sš równie niezrozumiałe i brzmiš podobnie) mojš uwagę przycišgajš teledyski. Schemat wszystkich jest zbliżony: piękna kobieta sukcesu wcišga (czasami dosłownie – przez ekran telewizora) w swój œwiat bogactwa, showbiznesu i zabawy zauroczonego niš mężczyznę, który szybko się tam odnajduje i upaja nowym stylem życia, któremu nie ma końca. To taki odpowiednik bajkowego „I żyli długo i szczęœliwie”. Taki œwiat. Kontrast ze œcianami mojego hotelowego pokoju (nieopatrznie dotknšłem karnisza i wylšdował mi na głowie) - ogromny. Żeby poprawić sobie nastrój znajduje w telewizji program o œniegu – o dziwo z Norwegii! Dla ludzi, którzy w życiu nie widzieli œniegu widok człowieka w puchowej kurtce i grubych rękawicach musi wyglšdać dziwnie.
W drodze do N’Djameny miałem międzylšdowanie w Addis Ababa. Lotnisko to jest spore, czyste i z doœć dużš strefš bezcłowš z pamištkami. Można kupić etiopskš kawę (ceny od 6$ za 500g), biżuterię czy etiopskie krzyże. Mnie zainteresowało to, że w befsztyku a'la Bismark jajko sadzone pozbawione było żółtka... dziwne tu kury majš. Opłacało się wymienić dolary na lokalnš walutę i tak płacić. Sklepy stosujš swój własny przelicznik, który jest gorszy od kursu w kantorze. Bardzo dobre jest etiopskie piwo Meta.
Lot Addis Ababa – N’Djamena trwa prawie 4h. Mogłem dobrze obejrzeć pozostałych pasażerów, których zlustrowałem już na lotnisku. W przeważajšcej większoœci to Chińczycy. Nie sš to turyœci sšdzšc po tym co ze sobš wiozš: artykuły AGD, telewizory, różnego rodzaju urzšdzenia elektryczne. Więcej tego zobaczyłem już na samym lotnisku kiedy odebrali swój główny bagaż. Chińczycy zdominowali przede wszystkim handel oraz sektor usługowy w N’Djamenie. Majš własne restauracje oraz hotele. Ich wpływ na losy kraju znacznie wzrósł po tym jak w sierpniu zeszłego roku ruszyła zbudowana przez nich rafineria. Widziałem jš – stoi jakieœ 35km na północ od stolicy. Rafineria ruszyła, po czym stanęła. Ropa dostarczana jest z pól na południu. A raczej była. Doœć szybko doszło do konfliktu na linii prezydent (Idriss Deby) oraz Chińczycy. Chińczycy majšc de facto status monopolisty (konkurencjš jest przemyt z Nigerii oraz Kamerunu) zaczęli dyktować ceny, co nie spodobało się prezydentowi (widać nie dostał doli).

Mała dygresja na temat cen i zarobków:
1 Euro = 660 Franków
1 USD = 550 Franków
Zarobki większoœci mieszkańców N’Djameny wynoszš około 1000-1500 franków dziennie. Kierowcy, którzy z nami jeŸdzili podobno zarabiajš 7500 franków dziennie. Z drugiej strony pracownik lotniska wycišga ponoć 100-150 tysięcy franków miesięcznie (około 200USD). Widać sš równi i równiejsi – jak wszędzie.

Cena benzyny w momencie uruchomienia rafinerii wynosiła 320 franków za litr. W krótkim czasie skoczyła do 520 franków, a Chińczycy nadal twierdzš, że jest za niska żeby zwróciły im się koszty budowy rafinerii. Prezydent oficjalnie nie chce się jednak zgodzić na wyższe ceny (podobno był nie konsultowany w sprawie podwyżek, co pewnie zabolało bardziej niż cena). W rezultacie powstała sytuacja patowa. Na stacjach benzynowych nie ma paliwa (ale kolejki sš). Jest za to u poœredników sprzedajšcych przemyt z Kamerunu/Nigerii. Cena dochodzi do 1000 franków za litr. Tankujš u nich wszyscy, łšcznie z dyplomatami. Wštpliwe jest, żeby proceder ten uszedł uwadze władz. Dziwne sš też nieograniczone iloœci paliwa dostępnego na czarnym rynku. Najprawdopodobniej więc, po kilku tygodniach przestoju (pod koniec wyjazdu dostałem informacje, że rafineria od czas do czasu coœ produkuje, a na niektórych stacjach widziano paliwo), Chińczycy znaleŸli sposób na sprzedaż paliwa po własnych cenach – niech żyje czarny, znaczy się wolny, rynek! Ludzie prezydenta też pewnie stratni na tym nie sš... Jak na kraj w którym nie ma paliwa, na ulicach jest całkiem spory ruch samochodowy. JeŸdzi się po prawej stronie, a jedynym zaobserwowanym przeze mnie odstępstwem w przepisach jest to, że wjeżdżajšcy na rondo majš pierwszeństwo.

Warte wspomnienia jest lotnisko w N’Djamenie. Po opisach Afryki Nowaka (link) specjalnie się nim nie martwiłem. Miała być pełna kultura. Dla mnie tak to nie wyglšdało. Z samolotu przeszedłem do autobusu, które podwiózł mnie 500m do budynku lotniska. Tam czekał już na mnie mówišcy po angielsku przedstawiciel lokalnego biura z wstępnie wypełnionym wnioskiem wjazdowym. Super! Swojš drogš jak on tam się dostał (było to jeszcze przed kontrolš paszportów)? Oficer graniczny rzucił okiem na wizę i przystawił pieczštkę. Kilka kroków dalej stał człowiek w masce chirurgicznej i zażšdał żółtej ksišżeczki szczepień, a w kolejnych drzwiach ponownie sprawdzono mój paszport (czy mam pieczštkę wjazdowš). Mysz się nie przeœlizgnie (zwłaszcza taka bez szczepienia na żółtš febrę). Kolejne pomieszczenie to odbiór bagażu. Taœma jeŸdzi przez całš długoœć, a sala jest za mała żeby wszystkich pomieœcić. Wtłoczone jest w niš wiele osób w żółtych koszulkach z identyfikatorami, których roli poczštkowo nie mogłem odgadnšć. Po chwili stało się jasne za co odpowiadajš – kontrolowali czy każdy wzišł swój bagaż (trzeba było wylegitymować się dowodem nadania). Mnie przegapili. Ku mojej uldze torba doleciała (wszystkie doleciały). Wyjœcie z zatłoczonego pomieszczenia nie było jednak łatwe. Stała tam bowiem maszyna do przeœwietlania bagażu, a przed niš œciœnięta kolejka z Chińczykami z telewizorami plazmowymi i sprzętem kuchennym. Wszystkie bagaże podlegały przeœwietleniu. Sytuacja doœć niekomfortowa, bo tu œcisk i zamieszanie, a trzeba rozstać się na chwilę ze swoimi rzeczami. Na pierwszy ogień poszedł organizator wyjazdu. Celnika zainteresował jego plecak podręczny. Zaczšł go rozbebeszać. Stolik, na którym to robił ustawiony był z drugiej strony maszyny tak, że między sprawdzajšcym i sprawdzanym przejeżdżały na rolkach kolejne torby. A wiadomo, że w bagażu podręcznym trzyma się wartoœciowe rzeczy. Interesowało mnie to do momentu kiedy też i mój plecak podręczny nie został wytypowany do kontroli. Usiłowałem znaleŸć się jak najbliżej celnika, choć nie było to łatwe i wcale mu się to nie podobało. Próba otwarcia mojego plecaka nie powiodła się jednak (wszystkie sprzšczki i suwaki były maksymalnie podopinane i zwyczajnie nie poradził sobie z nimi). Odpuœcił. W tym zamieszaniu (chińskie telewizory przejeżdżały non stop wokół mnie wraz z pilnujšcymi ich właœcicielami, a oczy musiałem mieć dookoła głowy, gdyż mój bagaż główny przeszedł kontrolę wczeœniej i leżał kilka metrów dalej przez nikogo nie pilnowany) doszły mnie słuchy, że organizatorowi coœ skradziono. PóŸniej dowiedziałem się, że celniczka stojšca za plecami głównego celnika wycišgnęła z plecaka telefon satelitarny i szybko z nim zniknęła. Nie pomogły protesty i dopytywanie się jakim to prawem. Telefon zniknšł i już. Wyglšdało to jak pospolita kradzież i tak też zostało odebrane. Wracajšc do Polski po dwóch tygodniach, udało się fanta odzyskać. Kosztowało to 50 euro i 20 funtów (opłata uznaniowa) oraz 2h czekania na właœciciela biura turystycznego (człowiek prezydenta) oraz szefa lotniska, w którego biurku telefon leżał. Dowiedzieliœmy się, że telefony satelitarne sš nieoficjalnie zabronione w Czadzie, że można wykupić na nie pozwolenie (oczywiœcie nieoficjalne – płatne 1000 euro za rok) i gdyby to Czadyjczyk próbował wjechać z tym telefonem to zostałby aresztowany (na lotnisku zidentyfikowaliœmy kilku tajniaków). Rada dla innych: jeœli już masz telefon satelitarny to noœ go w kieszeni z dala od wœcibskich oczu – nikt nie kontrolował co mam przy sobie ani nie widziałem żeby kontrolowany był ktokolwiek inny. Albo zrezygnuj zupełnie z telefonu satelitarnego. W Czadzie jest sieć telefonii komórkowej AirTel (link). Pojawiła się kilka lat temu i jej zasięg systematycznie wzrasta (w tej chwili N’Djamena oraz większe miasta. Był też zasięg przez całš drogę aż do Mossoro). Istnieje możliwoœć wykupienia karty prepaid. Nie znam cen, ale z reguły jest to bardziej ekonomiczny sposób dzwonienia do kraju niż roaming. Polskie komórki (nie, nie wiem jakich sieci, ale nikt nie miał problemu) działały z roamingiem.

Jeszcze przed wyjazdem nawišzaliœmy kontakt z dwoma polskimi misjonarzami w Czadzie - księdzem Staszkiem i księdzem Staszkiem. Byli oni nieocenionš pomocš językowš jak i niewyczerpanym Ÿródłem informacji o kraju. Zabrałem się z jednym z księży na objazd N’Djameny. Kraj jest pełen kontrastów i pozornych sprzecznoœci. Bieda przeplata się z bogactwem. Po rzece Chari oddzielajšcej Czad od Kamerunu kursujš niezliczone łodzie przewożšce towary. Zostałem uprzedzony, żeby tej sceny nie fotografować. Na brzegu, co jakieœ sto metrów siedzi celnik pobierajšcy myto. Jeœli się nie wie na co zwrócić uwagę, to trudno ich zauważyć (nie sš umundurowani). Rezydencje rodziny prezydenta i ludzi z jego otoczenia kłujš w oczy przy lepiankach postawionych tuż przy nich. A właœciwie lepiankach, które się ostały przy budowie tych pałaców. Jeœli w Czadzie władza coœ chce, np.: ziemię, to jš po prostu sobie bierze. Los ludzi jš zamieszkujšcych nikogo nie obchodzi. Dominujšcš religiš w Czadzie jest Islam. Chrzeœcijanie sš w przytłaczajšcej mniejszoœci i sš traktowani jak mieszkańcy drugiej kategorii. Zdeklarowany chrzeœcijanin ma problemy ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy. Nie przeszkadza to wszystko w praktykowaniu starej wiary – szamaństwa czy animalizmu. Usłyszałem, że tydzień wczeœniej jeden z kandydatów w wyborach złożył w ofierze chłopca złapanego na ulicy, aby zapewnić sobie dobry rezultat głosowania. Wierzyć mi się w to nie chciało, ale póŸniej zobaczyłem lasek, w którym do tego doszło...
Przejeżdżaliœmy też koło szpitala w N’Djamenie. Budynek stoi, ale nie ma personelu. Służba zdrowia w Czadzie praktycznie nie istnieje, także trzeba tu mieć końskie zdrowie. N’Djamena jest pełna niedokończonych pomysłów, inwestycji w połowie zrealizowanych i zarzuconych. Jest liceum – bez nauczycieli. Sš stacje benzynowe – bez benzyny (widać, że niektóre nigdy nie zostały otwarte – paliwo nigdy nie popłynęło szerokim strumieniem z rafinerii). Ludzie żyjš w domach ulepionych z błota, które sš w stanie wytrzymać co najwyżej jednš porę deszczowš. W czerwcu po większoœci pozbawionych kanalizacji ulicach chodzi się po kostki w wodzie.
Nie sposób było nie zauważyć koszar wojsk francuskich. Sš one pokaŸne w rozmiarach i stanowiš miasto w mieœcie. Zasłyszałem, że sš tam sklepy, własny bazar z pamištkami, szpital i wszystko czego do życia potrzeba. Obecny prezydent - Idriss Déby utrzymuje się u władzy wyłšcznie dzięki Francuzom. Trzeciš siłš w państwie sš wspomniani Chińczycy. Deby przejšł władzę od Hissene Habre w grudniu 1990 roku na drodze przewrotu. Następnie Deby wygrał wybory prezydenckie w latach 1996 oraz 2001, a po usunięciu ograniczeń dotyczšcych liczby kadencji wygrał ponownie w 2006 i 2011 roku. Mawia się, że gdyby przestał być wygodny dla Francuzów jego rzšdy skończyłyby się w przecišgu miesišca. Rezydencja prezydenta strzeżona jest przez uzbrojonych po zęby najwierniejszych z wiernych. Nieopodal jest ambasada francuska, a tyły rezydencji wychodzš na rzekę, za którš rozpoœciera się już Kamerun... Francuzi bez skrępowania zaznaczajš swojš obecnoœć w Czadzie. Widziałem francuski helikopter, ciężarówki z nowš zmianš żołnierzy, a nad miastem kršżyły dwa myœliwce Mirage. Nikt tutaj nie ma złudzeń co do Ÿródeł władzy.

Fotografowanie w Czadzie wymaga pozwolenia i w stolicy lepiej jest nie być widzianym z aparatem. Poza N’Djamenš z fotografowaniem nie ma większych problemów. O moim podejœciu do fotografowania, sukcesach oraz porażkach napiszę nieco dalej. Podróżowanie w Czadzie również wymaga zezwolenia. W tym celu wiozłem ze sobš trzy zdjęcia paszportowe – ponoć potrzebne. Lokalny operator okazał się jednak dobrze powišzany (z mojego punktu widzenia to zaleta – oznacza to, że mamy przyzwolenie miejscowych władz, choć pojawia się od razu znak zapytania, kto tak naprawdę jest prawdziwym beneficjentem ruchu turystycznego?) i pozwolenie na poruszanie się po Czadzie zostało wbite bezpoœrednio do mojego paszportu w biurze. Pierwsze wrażenie dotyczšce operatora jest dobre. Powitanie na lotnisku, bezproblemowy transport do biura, butelka zimnej wody, dostęp do Internetu (znalazł się nawet komputer z angielskš klawiaturš – napisanie czegokolwiek na francuskiej graniczy z cudem), pozwolenie na poruszanie się po Czadzie wbite na miejscu. Zrobiło to na mnie wrażenie.

Wieczorem wraz z misjonarzami idziemy do restauracji dla cudzoziemców - Ali Baba. Wracam do hotelu na pace samochodu podstawionego przez operatora lokalnego. Widać, że mu zależy.


Pomnik niepodległoœci w N'Djamenie.


Aby sfotografować tš dumę narodowš musiałem uzyskać zgodę trzech strażników.


Na misji u księdza Staszka.


Tutaj można było bezpiecznie wyjšć aparat.


Nie wszystkie dzieci były œmiałe.


Chłopaki zrobili sobie sport z robienia zdjęć.


Widać, że ksišdz Staszek jest lubiany.


Przed domem księdza.


Mój pokój w Golf Hotel. Z daleka wyglšda nawet nieŸle.


Wspomniana chińska rafineria.

31 I 2012 - Sahel: N'Djamena do Moussoro


Trasa wyprawy z zaznaczonymi większymi miastami/oazami.
Mapa wyprawy w Google Maps (nowe okno)


Wyjazd z hotelu zaplanowany był na 8:00 i udało się ten czas pobić. Już przed siódmš pod hotel zajechały dwa wielkie, niebieskie Land Crusery oraz jeden biały – starszy model. Bagaże powędrowały na dach (dobrze jest mieć worek na plecak/torbę, żeby uchronić jš od pyłu), a bagażnik dostępny od wewnštrz przeznaczony został na plecaki podręczne, wodę oraz wyposażenie obsługi. Operator zapewnia wodę z „pewnych Ÿródeł”, ale zdecydowałem się kupować wodę do picia (w N’Djamenie 3000 franków za 6x1.5 litra. Najdroższa woda była w Moussoro 6000 franków za 6x1.5 litra). Nie zarzuciłem tego nawet po pierwszym lunchu, kiedy to zorientowałem się, że dostaje warzywa myte właœnie w tej wodzie (czyli równie dobrze mogłem zaczšć jš pić). Woda pochodziła ze studni saharyjskich. Nikt nie miał tabletek do jej uzdatniania więc trzeba było się z tym stanem pogodzić. Studnie na Saharze sš głębokie (do kilkudziesięciu metrów) i czytałem iż lepszej wody nie ma. Jako, że nikomu nic nie było (poza drobnym epizodem na poczštku) można to uznać za prawdę.
Samochód, którym jechałem miał na liczniku 132.000km. Był to disel. W cišgu dwóch tygodni przejechałem nieco ponad 3000km. Samochód mógł więc mieć około 4-5 lat. Robił dobre i solidne wrażenie. Biała Toyota była zdecydowanie starsza i nie zapewniała takiego komfortu podróży (jak i pasów z tyłu – elementu jak się póŸniej okazało - przydatnego) co jej młodsi i więksi niebiescy bracia.
Przed wyjazdem angielskojęzyczny szef biura przedstawił pięciu członków obsługi: trzech kierowców (ja jechałem z Omarem – szefem zespołu w pierwszym samochodzie), kucharz (dostał największe brawa przy przedstawianiu) i jego pomocnik. Była też krótka odprawa: pobudki majš być ze słońcem, obsługa przygotowuje œniadanie (francuskie, kontynentalne czyli mało treœciwe), a moim obowišzkiem jest spakować się i dostarczyć torbę w pobliże samochodu. Obsługa ładowała jš na dach. Wywoływało to na poczštku problemy logistyczne, dopóki się nie zorganizowałem tak, żeby wszystkie potrzebne rzeczy mieć w samochodzie. Obsługa pomagała w stawianiu i składaniu namiotów. Trzeba przyznać chłopakom, że byli bardzo życzliwi i pomocni. Niestety nikt nie mówił po angielsku... Za kontakty ze œwiatem zewnętrznym odpowiedzialny był Omar i tylko on miał rozmawiać z żołnierzami lub innymi oficjelami. Miał się też starać o zgodę na fotografowanie u spotykanych ludzi. Ze swoich obowišzków wywišzywał się wzorowo. Omar pochodzi z Tibesti, jest więc z ludu Toubou. W czasie całego wyjazdu wielokrotnie obserwowałem go wymieniajšcego pozdrowienia (głównie po arabsku) z napotykanymi ludŸmi (to prawdziwy obrzšdek – samo powitanie trwa około minuty i brzmi jak litania lub seria haseł i odzewów). Wielu z nich znał. Posiadanie takiego człowieka w zespole pozytywnie wpływało na bezpieczeństwo podróżowania.

Kiedy ruszaliœmy z pod hotelu wszystkie samochody były wypucowane i w pełni sprawne, bagaże bezpiecznie zapakowane na dachu, a ja ciekawy tego co przede mnš. Droga do Massakory jest asfaltowa i w całkiem dobrym stanie. Po drodze mija się chińskš rafinerię. Wyglšda jakby to ufo usiadło na sawannie – taka jest dysproporcja technologiczna między tymi budynkami, a mężczyznš z dzidš, którego widziałem wjeżdżajšc do Salal (oaza na Saharze). W Massakory Omar zjechał z asfaltu w ledwie widocznš dróżkę polnš. Tam zaczęła się trasa do Moussoro - ostatniego większego miasta jakie dane mi było widzieć przed Fadš i Faya Largeau. Aż do Moussoro jest zasięg komórkowy (jedzie się tam korytem wyschniętej rzeki Bahr El Ghazal (Soro)). Dróżka z poczštku wšska szybko rozgałęzia się na szeœć i więcej. Jest z czego wybierać tym bardziej, że wszystkie zdajš się za chwilę łšczyć i przeplatać, a różniš się jedynie głębokoœciš kolein i nierównoœci. Drogę trudno pomylić – jedzie się w kierunku północno wschodnim. Omar preferował te œcieżki, które były mniej uczęszczane. Starał się jechać tak, żeby jak najmniej rzucało - z różnymi rezultatami. Niemniej to dobry kierowca i jak się póŸniej okazało - œwietnie znajšcy drogę.

Codziennie około południa był postój na lunch. Kucharz przygotowywał sałatkę warzywnš (czasem z tuńczykiem z puszki) z sosem - palce lizać. Z poczštku były bagietki (najpierw œwieże, potem podstarzałe, potem twarde, a następnie się skończyły), a póŸniej kupne chlebki podpłomyki (bardzo smaczne, tylko trzeba było ostrożnie gryŸć, bo zdarzały się w nich kamyczki). Na nocleg zatrzymaliœmy się około 20km za Moussoro. Omar zjechał jakiœ kilometr od głównego szlaku i schował samochody za szarymi wydmami obroœniętymi krzakami. Zniknšł zasięg komórkowy. Przejechał koło nas nomad na wielbłšdzie. Zostaliœmy namierzeni. Miejscowi byli jednak taktowni i w niczym nie przeszkadzali. Zachód słońca był koloru szarego. Noc względnie ciepła. Rozbiłem jednak namiot.



Toyota Land Cruser, którš jechałem.


Postoje na lunch były zawsze w obowišzkowym cieniu.


Moussoro - w tle maszt telefonii komórkowej.


Butik lokalnego operatora.


Aparat budził niepokój zwłaszcza małych dziewczynek.


Chusty majš znaczenie głównie praktyczne. Można się w niej schować przed wœcibskim fotografem.


Nocleg.

1 II 2012 - Moussoro do Kouba Olanga

Przekonuje się, że Czad nie jest miejscem dla wielbicieli wschodów i zachodów słońca. Zarówno wschodów jak i zachodów jest tutaj jak na lekarstwo. Pył unoszšcy się w powietrzu skutecznie przesłania tarcze słonecznš zanim ta dotknie wieczorem linii horyzontu, a rano słońce jest w stanie przebić się przez pył dopiero kiedy nabierze wysokoœci. Tym samym dwie tradycyjnie najlepsze pory na fotografowanie szlag trafia. Jak się miałem przekonać, to był dopiero poczštek...
Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że Czad nie jest miejscem na przekolorowane fotografie krajobrazowe. To surowy kraj, z trudnymi warunkami i przesłodzone fotografie sš tu nie na miejscu. Ludzie, flora i fauna wciskajš się w ten szorstki krajobraz i zdajš się żyć jakby mu na przekór, pomimo niego. Nawet nie należy próbować tego upiększać.
Przed opuszczeniem obozu Omar zmniejszył ciœnienie we wszystkich oponach do 1.5 bara. Była to zapowiedŸ tego, co nas tego dnia czekało. Z każdy pokonywanym kilometrem krajobraz stawał się bardziej pustynny, a droga bardziej piaszczysta. W pewnym momencie wjechaliœmy w burzę pyłowš. Widocznoœć diametralnie spadła (momentami do jakichœ 100m), ale widok przez okno nieoczekiwanie zyskał. Obrazy stały się jeszcze bardziej nierealne (wielbłšdy obgryzajšce jakieœ krzaki, zarysy lepianek w mijanych wioskach, pojedyncze drzewa) i tajemnicze. Wszystko to było dla mnie nowe. W pewnym momencie zauważyłem dużš grupę ludzi z wielbłšdami i kozami więc poprosiłem Omara żeby się zatrzymał. To była pierwsza saharyjska studnia, którš w życiu widziałem. Niewielki i nieregularny otwór w ziemi (z metr œrednicy) wzmocniony drzewem. W œrodku studnia wyłożona była czymœ czarnym, głęboka (kilkanaœcie metrów sšdzšc długoœci liny – samego dna nie było widać). Woda czerpana była wiadrami wykonanymi z gumy i wycišgana przy pomocy kołowrotka i wielbłšda. Widziałem coœ takiego wczeœniej tylko raz – na filmie. Ci ludzie zależeli od tej studni i cierpliwie wycišgali z niej wodę. Nie byli zachwyceni robieniem zdjęć, ale w końcu machnęli rękš, a kobiety nawet chętnie pozowały. Oczywiœcie pojawiło się żšdanie „cadeau”, czyli prezentu. Wrócę do tego zagadnienia póŸniej.
Pył raz przybierał na sile, raz słabł, ale towarzyszył mi nieustannie. Minęliœmy miejscowoœć Salal bez zatrzymywania. Wœród pyłu wyglšdało to jak większe zbiorowisko chat rozsianych na piasku. Kilkanaœcie kilometrów za miastem zatrzymaliœmy się na lunch. Poza kilkoma krzakami nie było tam niczego. Kawałek dalej leżał porzucony przy drodze silnik lotniczy. W Czadzie w cenie sš przedmioty ciężkie. Wyznaczajš one drogi (wiatr ich nie ruszy, ani szybko nie zasypie), ale sš również wykorzystywane w wioskach do przytrzymywania rzeczy. Dzięki nim dachy chat nie odlatujš na pustynię. Wiatr jest prawdziwym problemem, o czym przekonałem się jedzšc lunch w samochodzie z piachem zgrzytajšcym między zębami. Drogi w Czadzie znaczone sš często przez obcišżone beczki oraz opony. Zdarzajš się też drogowskazy (bardzo rzadkie i nieregularne) oraz inne metalowe przedmioty, których wiatr nie jest w stanie przenieœć. Na œlady kół nie zawsze można liczyć – często droga jest całkowicie zasypana i jeœli się o niej nie wie, nie ma szans jej znaleŸć.
Po lunchu Omar wycišgnšł mapę północnego Czadu i pokazał dalszš drogę. W Kouba Olanga mieliœmy skręcić na wschód i jechać przez pustynię aż do Oum Chalouba. Droga ta nie jest zaznaczona na żadnej mapie, ale Omar był niewzruszony. Przy okazji wyszło na jaw, że Omar słabo zna się na mapie, a może po prostu nie umie czytać po francusku. Dobrze, że z mapy nie korzystał...
W Kouba Olanga Omar zameldował nas na posterunku u prefekta. Tankował też paliwo. Nie ma tam jednak stacji benzynowej. Paliwo przelewane było z beczek do karnistrów (tak mierzona jest pojemnoœć) a następnie do baku. Wszystko robione jest ręcznie, a sam budynek z beczkami nosi logo przewoŸnika. Widać, że to prywatne zapasy, a logistyka takiej wyprawy zaczyna się dużo wczeœniej niż sam wyjazd. PóŸniej dowiaduje się, że paliwo kosztowało 700 franków za litr.
W oazie burza piaskowa trwała w najlepsze, ale życie toczyło się normalnie. Ludzie byli niechętni fotografowaniu – dzieci nawet by chciały, ale matki krzyczały na nie z daleka. Widać, że to przede wszystkim doroœli nie lubiš zdjęć. MężczyŸni wołajš mnie i chcš zobaczyć jakie zdjęcia wczeœniej zrobiłem. Interesujš ich zwłaszcza kobiety. Żony szukajš czy jak? Stało się to bardzo charakterystyczne dla Czadu. Miejscowi chętnie oglšdajš zdjęcia innych, ale już niekoniecznie sami chcš pozować. Nie należy się jednak zrażać pierwszš odmowš. Po okazaniu im szacunku oraz cierpliwoœci doœć szybko można uzyskać zgodę, a wszystko to bez znajomoœci francuskiego. Niemniej bariera językowa uniemożliwia zrobienie wielu zdjęć.
Za miastem zgodnie z planem odbiliœmy na wschód. Przez chwile prowadziły nas œlady opon, ale bardzo szybko zniknęły one zupełnie. Brak też beczek czy innego oznaczenia trasy. Omar jechał dalej bardzo pewny siebie. Wokół tylko piasek i od czasu do czasu jakiœ krzak. Ku mojemu zdziwieniu zauważyłem szakala i trzy gazele! Życie potrafi się wcisnšć w każdš niszę. Około 17:00 zaczęliœmy rozglšdać się za miejscem na nocleg. Lokujemy się za niewielkš wydmš. Wieje bardzo, a pył jest wszędzie. Wszyscy rozstawiajš namioty.


Nocne niebo zaœwietlał niestety księżyc.


Poranne pakowanie.


Ten pan z przyjacielem wpadli na herbatkę.


Ta pani również była nas ciekawa.


Przy studni Sof.


Wodę wycišga się z pomocš osiołka.


Wielbłšdy sprawiajš wrażenie wiecznie spragnionych.


Dętki samochodowe sš praktycznymi kontenerami na wodę.


Te stopy to co najwyżej klapki widziały.


Omar pozuje przy silniku lotniczym porzuconym aby znaczył drogę.


Kouba Olanga w czasie burzy piaskowej.


Jedyny w oazie sklep. Wejœcie niemal zasypane piachem.


Tankowanie oczywiœcie z karnistra.


Dzieci jak wszędzie ciekawskie.


Za transport wody odpowiadajš dzieci na osiołkach.


Ostatni przystanek...


Burza nie robiła na mieszkańcach większego wrażenia.


Ci panowie parajš się siedzeniem przed chatš. Dwa tygodnie póŸniej zastałem ich w tej samej konfiguracji.


...

2 II 2012 - Pustyniš i Wadi Achim do Oum Chalouba

Nad ranem widziałem szakala okršżšcego obóz. Musiał zwietrzyć zapachy z kuchni – czyli suchš bagietka z margarynš i dżemem. Był jeszcze topiony serek - wszystko co jest potrzebne do kontynentalnego œniadania. W drogę ruszyliœmy dobrze przed ósmš. Na pustyni człowiek bardzo szybko dostosowuje się do rytmu dnia dyktowanego przez słońce. Chodzenie spać o 20:00 to normalnoœć, tak jak wstawanie o 5:00. Droga tego dnia prowadziła przez piaskowš pustynię. Z rzadka mijaliœmy jakieœ drzewo. Mimo braku punktów orientacyjnych (a może tylko ja ich nie widziałem) Omar jechał bezbłędnie, o czym œwiadczyły pojawiajšce się co kilka kilometrów œlady opon na twardszej nawierzchni. Na horyzoncie majaczyły karawany wielbłšdów. Postój zrobiliœmy przy zamkniętej studni. W pobliżu leżał szkielet wielbłšda oraz wrak ciężarówki - oba bardzo fotogeniczne. Nawet się nie spostrzegłem jak karawana z linii horyzontu zajechała pod studnie. Unoszšcy się w powietrzu pył, mimo iż tego dnia nie tak gęsty jak wczeœniej wpływał na percepcje odległoœci. Na powitanie ludzi z karawany wyszedł Omar. Okazało się, że sš to młodzieńcy, chętni do oglšdania zdjęć oraz fotografowania. Mieli w tym zasługę nasi kierowcy, którzy dla rozluŸnienia sytuacji zażyczyli sobie wspólnych zdjęć. Jak już ktoœ zacznie, wszyscy się oœmielajš.
Studnia stanowiła ważny punkt orientacyjny i poczštek Wadi Achim – koryta wyschniętej aktualnie rzeki (najpewniej toczy teraz swoje wody pod ziemiš). Obecnoœć wody zdradzała bujna zieleń drzew potrafišcych zapuœcić głęboko korzenie. Momentami jechaliœmy wœród nich (do 90km/h po twardej nawierzchni), ale droga zrobiła się piaszczysta i biała Toyota stanęła po osie w piachu. Kawałek dalej droga uległa totalnej dezintegracji – jak ucięta nożem. Omar odbił na wydmę (od razu wpadliœmy w głęboki piach, ale niższy bieg 4x4 wycišgnšł nas z opresji), w stronę szałasów nomadów. Nasz przejazd stanowił lokalnš atrakcję. Po chwili zatrzymaliœmy się wœród stada bydła, kóz, owiec, osłów i wielbłšdów. Wyglšdało to jak targ, albo wielkie zgromadzenie. Studnia. I wszystko jasne. Zbudowana przez rzšd, z elektrycznš pompš. Omar nabierał wody, a ja mogłem poœwięcić się fotografowaniu. Najchętniejsze były dzieci, dla których wielkš atrakcjš było zobaczyć się na ekranie aparatu. Kobiety nie pozwalały się fotografować, ale jakoœ tak bez przekonania. Trzeba było na nie polować. Uœmiechały się, ale tak żeby nie wyglšdało, że sš zbyt chętne. Zakrywały twarze, ale po chwili je odsłaniały. Była to taka gra w podchody. Nie gniewały się za zdjęcia i bardzo chętnie je oglšdały œmiejšc się. Odbywało się to na zasadzie „chciałabym zdjęcie, ale boję się pozwolić je zrobić”. Może chodziło o to, żeby nikt im póŸniej nie zarzucił, że pozwoliły się fotografować (bo przecież oficjalnie nie pozwalały). Problemu tego nie mieli mężczyŸni oraz dzieci. Najbardziej nieœmiałe były małe dziewczynki. Tutaj strach mieszał się z niepewnoœciš i ciekawoœciš.
Miejscowi nalewajš wodę w dętki samochodowe i transportujš na osiołkach. Cała okolica korzysta z tej studni. Woda jest darmowa. Co wieczór, przed kolacjš dostajemy dzbany z koncentratem owocowym rozpuszczanym właœnie w tej wodzie. Jak już wspomniałem tutejsza flora bakteryjna nikomu nie zaszkodziła.
Od studni droga na powrót zrobiła się twarda. Mijaliœmy kolejne chaty nomadów przypominajšce namioty wojskowe, obłe, obłożone matami. Budowane sš tak, żeby zapewnić cień i ochronę przed pyłem. Muszš być bardzo ciemne w œrodku. Bliżej Oum Chalouba natrafiliœmy na stary fort francuski (zdobyty obecnie przez osły) oraz sprzęt wojskowy pamiętajšcy czasy wojny czadyjsko-libijskiej (od 1978 roku). Stały wozy opancerzone, katiusze oraz czołgi. Omar krzyczał, żeby się do nich nie zbliżać. Zaminowane pewnie nie były, ale z pewnoœciš nie rozbrojone.
W Oum Chalouba komórki chwyciły zasięg, a Omar podjechał do prefektury zameldować nasz przyjazd. Formalnoœci nie trwały nawet pięciu minut. Kawałek dalej, niedaleko miejskiej studni tankowaliœmy przy budynku z logiem firmy. Pomiędzy budynkami rozcišgnięta była linka. Jej przeznaczenie wyjaœniło się doœć szybko. Wykorzystywali jš do przemieszczania niewidomi, których najwyraŸniej tutaj nie brakuje. Wszechobecny pył, piach i ostre słońce nie sš obojętne dla oczu. Dla mnie bez okularów funkcjonowanie w Czadzie nie byłoby możliwe (nie opuszczały mojego nosa od rana do wieczora, a wieczorem tylko dlatego, że nic w nich nie widziałem).
Ze studni, plastikowymi baniakami ze specjalnymi nacięciami wodę wycišgali młodzi mężczyŸni. Już z daleka krzyczeli, że nie chcš zdjęć. Grozili oblaniem wodš. Podsunęło mi to pomysł na przepłukanie włosów, które zrobiły się sztywne od pyłu. Wiadro letniej wody na głowę było bardzo przyjemne. Skoro nie mogłem fotografować wycišgaczy wody, to zainteresowałem się czynnoœciš wycišgania. Chłopaki mieli ze mnie dużo œmiechu, kiedy fotografowałem wnętrze studni z wiadrami. Zamarli z wrażenia i dopiero po mojej zachęcie wznowili pracę. Trochę oszukiwałem zakładajšc obiektyw rybie oko i obejmujšc ich w kadrze...
W mieœcie jest pokaŸna dzielnica handlowa służšca miejscowym. To wielki rynek z jedzeniem i innymi produktami pierwszej potrzeby. Można zaopatrzyć się tu we wszystko od wody po telefon komórkowy. Paliwo poza naszš prywatnš stacjš sprzedawane jest na butelki.
Dzień miał się już ku końcowi więc pospiesznie opuœciliœmy cywilizację i ruszyliœmy w kierunku północnym. Nocleg zrobiliœmy w pobliżu koryta rzeki okresowej. Wieczorem widziałem komara, co skłoniło mnie do rozbicia namiotu. W obozie odwiedziło nas dwóch nomadów na wielbłšdzie, a w nocy obsługa musiała gonić innego wielbłšda, który postanowił zamieszkać razem z nami.


Studnia markujšca rozpoczęcie Wadi Achim.


Dwa szkielety.


Pustynia usiana była takimi koœćmi.


Miejscowym trudno było odmówić zdjęć, kiedy jeden z kierowców chciał się z nimi fotografować.


Kupno niebieskiego turbanu na bazarze graniczy z cudem. Próbowałem!


Ta karawana jest bliżej niż myœlisz.


Wielbłšdy parkowały w pewnym oddaleniu, ale można było do nich podejœć.


Omar trzymał się właœciwego kierunku jakby miał kompas w głowie.


Gazele szybkie ale głupie. Wbiegały same pod koła.


Przy studni...


Ten czajniczek jest plastikowy i służy do mycia.


Kiełbaski giganty? Nic podobnego - to zbiorniki na wodę.


Chce, czy nie chce zdjęcia?


Z mężczyznami nie było takiego problemu.


Z chłopcami też nie.


Demobil.


Nawet farba nie zeszła.


Oum Chalouba - dzielnica handlowa


Studnia - można było fotografować wyłšcznie z daleka.


Z bliska tylko rybim okiem.


Miejscowi sš bardzo pogodni.


W studni aż wrzało od wiader.


Ta ciężarówka rozwoziła paliwo.


Kolejne tankowanie - tutaj nawet przy pomocy elektrycznej pompy


Ciekawy rodzaj baniaka na wodę przytroczony do samochodu. Widziałem takich więcej.


Ci mężczyŸni odwiedzili nas w obozie wieczorem.

3 II 2012 - Ennedi: łuk d'Aloba

Afryka południowa ma swój zapach, odczuwalny zwłaszcza o poranku. Nie inaczej jest w Czadzie, choć woń jest inna, słodkawa, trochę przypominajšca próchno. Na pewno składajš się na niego również wysuszone na wiór, wszechobecne bobki wielbłšdów.
Po kilku godzinach jazdy dojechaliœmy do Ennedi. Widocznoœć była ograniczona przez pył, który znowu postanowił się pojawić w większych iloœciach i tak naprawdę nie odpuœcił już do końca wyjazdu. Jak przez mgłę dojrzałem majestatyczne skały wyrastajšce z piasku. Na pierwszy ogień poszedł niewielki łuk Terkei oraz rysunki naskalne. W grupie pojawiły się wštpliwoœci co do ich datowania. Według niektórych szacunków mogły one mieć najwyżej kilka lat. Mnie trudno to ocenić. Rysunki namalowane sš na podłożu, które wydaje się doœć kruche. Z drugiej strony widziałem je w przeróżnych miejscach i trudno uwierzyć, że komuœ chce się biegać po tysišcach kilometrów kwadratowych i je odœwieżać.
Do łuku d’Aloba – gigantycznego, ponoć największego na œwiecie jedzie się po bardzo piaszczystej drodze. W Ennedi daje się zauważyć sugestie dróg między skałami. Sš one bardzo piaszczyste i niejednokrotnie wymagajš wytyczania własnej œcieżki. Łuk nie zawiódł oczekiwań. Byłem tam jednak w południe, czyli przy najgorszym możliwym œwietle. Jednak jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma... Nasze przybycie nie uszło uwadze miejscowych i przedsiębiorcza grupa rozstawiła się nieopodal z kramikiem z pamištkami. Z perspektywy czasu i innych miejsc w Czadzie dochodzę do wniosku, że ceny tutaj były nieco wygórowane. Z drugiej strony szkoda się z tymi ludŸmi targować. Dla nas to i tak grosze, a rzeczy tu zakupione sš unikalne. Kiedy przyszło do płacenia okazało się, że sprzedawcy nie umiejš liczyć. Banknoty rozpoznajš po obrazkach, a ich nominały nic dla nich nie znaczš. Nie sposób było dostać resztę (nikt nie wie, że 10.000 to dwa razy po 5.000) czy zaproponować, np.: kwotę 6000 franków (ponieważ brak jest takiego banknotu). Ewentualne negocjacje polegajš na pokazywaniu banknotów, nie można napisać kwoty na piasku.
Kolejny na naszej trasie był Łuk Słoniowy (bez zachwytu), po którym przejechaliœmy przez malowniczo położonš wioskę. W niewielkim lasku była studnia, gdzie uzupełniliœmy wodę. Nocowaliœmy nieopodal labiryntu Kerchevi (bardzo ciekawa formacja skalnych wież i grzybów), której jednak z naszego obozu nie było widać. Nockę spędziłem pod gołym niebem.


Œwieżo malowane?


Łuk d'Aloba.


Miejscowi odebrali od nas wszystko, co może być ponownie użyte.


Łuk słoniowy.


Ennedi słynie z fantazyjnych formacji skalnych.


W cieniu akacji.


Tutaj uzupełniliœmy wodę przed nocš.


Złapany naprędce zachód słońca. Jeden z nielicznych, który doszedł do skutku.


Obóz pod skałami.

4 II 2012 - Ennedi: Guelta d’Archei, labirynt Kerchevi

Ranek zaskoczył wschodem słońca. Wdrapałem się na pobliskš skałę (skały w Ennedi sš bardzo przyjazne dla fotografów wspinaczy – nie kruszš się i często posiadajš jeden łagodny stok, po którym łatwo wejœć) i obserwowałem jak języki œwiatła œlizgajš się po skałach i pełzajš po ziemi. Kiedy wróciłem do obozu była kolejna okazja do zakupu pamištek. Na tutejsze standardy musimy być bardzo hałaœliwš grupš, gdyż nasza obecnoœć dla nikogo nie jest tajemnicš. Sprzedawczynie były już lepiej wykształcone – dostałem resztę z dwóch tysięcy franków.
Przed odjazdem Omar pokazał nam grotę z malunkami, która znajdowała się jakieœ 100m od obozu. Prowadziła do niej œcieżka wšskim kanionem, a sama grota górowała nad okolicš. Widać było, że jest wcišż wykorzystywana noclegownia. Celem tego dnia był kanion Guelta d’Archei. Miejsce to jest znane ze swojej malowniczoœci, wielbłšdów, permanentnej wody (wypływajšcej samoczynnie z podziemnych Ÿródeł) oraz krokodyli karłowatych – jedynych jakie można jeszcze spotkać na Saharze. Do kanionu można dostać się z dwóch stron – od wschodu do punktu widokowego idzie się po kamieniach (wyglšdajš jak morena czołowa), a od południa dojechać samochodem niemal pod samš wodę. Jeœli komuœ nie przeszkadza brodzenie po pas w wodzie z krokodylami to z punktu widokowego można zejœć i dostać się na drugš stronę (tam gdzie, dojeżdża samochód). Do punktu widokowego droga jest doœć prosta (idzie się około godziny – zdecydowanie trzeba mieć ze sobš wodę). W naszym przypadku, jak z pod ziemi, wyrosła certyfikowana przewodniczka, która wskazała drogę. Dziewczyna w klapkach i długiej sukni skakała po kamieniach jak kozica. Jej krokodyle nie przeszkadzały więc nie wracała z nami po kamieniach.
Punkt widokowy warty jest wysiłku jaki trzeba włożyć w jego zdobycie. Z półki skalnej jest doskonały widok na wodę i wielbłšdy poniżej. Trafiliœmy na pojenie wielbłšdów, których beczenie niosło się echem po całym kanionie. Rytuał ten powtarza się ponoć co rano.
Jazda na drugš stronę kanionu zajęła 5 minut. Powitano nas tam jak intruzów i dopiero datek w wysokoœci 10.000 franków rozœwietlił twarze pasterzy, którzy mimo wszystko odpędzili wielbłšdy od wody. Odniosłem wrażenie, że bali się iż je spłoszymy. Najmniej zadowolone z takiego obrotu sprawy były same wielbłšdy. Od miejscowych usłyszałem, że krokodyle na dzisiaj już się pochowały, ale niezrażony œcišgnšłem buty i przeprawiłem się na drugš stronę wody. Poszedł ze mnš miejscowy chłopiec. Udało mu się wypatrzeć jednego krokodyla odpoczywajšcego w pobliskich zaroœlach. Jak na karła, był doœć duży – jakieœ 1.5 metra. Lunch jedliœmy w kanionie (zakupiona też została koza, której mięso suszyło się na pobliskim krzaku), w miłym, zacienionym miejscu na podwyższeniu. Kramik jaki się tu dla nas rozstawił nie miał sobie równych. Omar zdawał się znać większoœć tutejszych ludzi. Wyjeżdżajšc z kanionu zabraliœmy ze sobš dziewczynę z suku, którš podrzuciliœmy do wioski nieopodal.
Kanion położony jest w rejonie Kerchevi – labiryntu ostrych wież skalnych wyrastajšcych wprost z pokaŸnych wydm. Widokowo była to najpiękniejsza częœć całego wyjazdu – wieżyczki, łuki, grzyby skalne, a to wszystko wœród piaszczystych wydm. I to właœnie piach stanowił największy problem przy przemieszczaniu się. Podjazd pod jednš górkę zajšł nam lepszš częœć godziny. Dwa na trzy samochody skapitulowały przy pierwszej próbie, a biała Toyota dała rade dopiero nieobcišżona z dodatkowo spuszczonym powietrzem z opon. Czas ten pozwolił bliżej przyjrzeć się okolicy. Okazało się, że w piasku leży ogromna liczba łusek wszystkich kalibrów. Musiały toczyć się tutaj zacięte walki i to nie tak dawno temu. Tym uważniej zaczšłem patrzeć pod nogi.
Szybko opuœciliœmy widowiskowy teren i krajobraz stał się surowy, równinny i kamienisty. Minęliœmy dwa samochody – jasny znak, że zbliżamy się do skupiska ludzkiego – Fady. Omar pozdrawiał kierowców (sšdzšc po długoœci pozdrowień, pozdrawiał też ich kuzynów, wujów, rodzeństwo, ciotki, dzieci, rodziców, dziadków oraz pradziadków). Po tej litanii następowało życzenie szerokiej drogi (dwa słowa) i każdy odjeżdżał w swojš stronę. Na nocleg Omar wjechał w rejon przepięknych formacji skalnych. Wieżyczki górowały nad obozem, a w pobliżu znajdował się słusznych rozmiarów łuk skalny. Zaspanie tutaj na wschód słońca byłoby niewybaczalne. Zachód słońca również spędziłem na nogach przebierajšc w kadrach, które same się narzucały.


Poranne widoki z mojej skały.


Sympatyczna sprzedawczyni.


Wielbłšdy chodzš samopas, ale nie sš bezpańskie.


Kozy paœć, a nie turystów oprowadzać!


Godzinę marszu wynagradza taki oto widok!


Słynna Guelta d’Archei


Sš wielbłšdy albinosy, ale czarne też widziałem.


Na brzegu nieopodal leżał sobie krokodyl.


Pasterze przegonili wielbłšdy kiedy zeszliœmy do kanionu.


Te jednak po chwili same wróciły.


W poszukiwaniu krokodyla przekroczyłem wielkš wodę.


W tamtych krzakach leżał krokodyl.


O proszę!


To już okolice labiryntu Kerchevi.


Grzybki.


Te były doœć masywne.


Skał najrozmaitszych kształtów było pod dostatkiem.
Potrzeba dwóch tygodni, żeby je wszystkie obejrzeć.


Gdzie się nie rozejrzy to coœ ciekawego.


Widok z obozowiska.


Przed spaniem wieczorna sesja wœród skał.


Żal nie wykorzystać ostatnich promieni słonecznych.


Tuż po zachodzie zdjęcia również można i należy robić.


Gdyby były chmury nabrałyby różowej barwy.


A tak musiałem zadowolić się różowo-fioletowym niebem.


Koniec na dzisiaj.

5 II 2012 - Fada, Wadi Wei

Tajemnicš poliszynela jest to, że doskonałe œwiatło pejzażowe (wyrównane, ciepłe, wydobywajšce kolory) pojawia się na jakieœ pół godziny przez wschodem słońca. Drugie okno to pół godziny od momentu kiedy słońce schowa się pod liniš horyzontu. Niebo rozœwietlone jest wtedy pastelowymi kolorami (idealnie jeœli sš jakieœ chmury). Warunek: posiadanie statywu, gdyż naœwietlanie może trwać nawet kilkanaœcie sekund. Tak zwana „złota godzina” to czas na godzinę przed zachodem słońca. Jest to doskonały moment na zabawę ze œwiatłocieniem i wyszukiwanie selektywnie (oraz zwykle bocznie) podœwietlonych motywów. Podobna godzina trwa też po wschodzie słońca. Za najmniej ciekawe uchodzi południowe słońce, choć i ono ma swoje zalety. Jest to dobry czas na portrety w cieniu (trzeba tylko jeszcze większš niż zwykle wagę przywišzywać do tła, gdyż z reguły będzie przepalone - co również może być zaletš – tak powstajš zdjęcia high key). Promienie słońca odbite od ziemi lub innej powierzchni dajš rozproszone i kierunkowe zarazem œwiatło – idealne do portretów.
Wschodni horyzont nie rozœwietlał jeszcze żaden blask kiedy ruszyłem na fotograficzne łowy. Odkryłem grotę oraz kilka schronień w załomach skalnych. Jak zwykle kiedy robię zdjęcia słońce wzeszło zbyt szybko...
W Fadzie byliœmy po 15 kilometrach. Znowu pojawił się zasięg komórkowy. Fada jest jak na Czad duży miastem, z prefekturš, bazarem spożywczym oraz odzieżowym. O ile w sklepikach mężczyŸni pozwalali się fotografować, tak jakakolwiek próba skierowania aparatu na kobietę na bazarku spożywczym spotykała się z ostrym protestem. Spędziłem pół godziny próbujšc się z nimi zaprzyjaŸnić, ale nadaremnie. W rezultacie sfotografowałem ich towar. Dzieci uciekanie przed aparatem traktowały wręcz jako swój obowišzek. Woda w Fadzie było doœć droga: 6000 franków za 6x1.5 litra. Tankowaliœmy tam.
Z Fady wyjechaliœmy rozminowanym - dzięki pomocy rzšdu Szwajcarii – korytarzem (znaczyły go obcišżone po dwóch stronach drogi beczki) na północny zachód. Fada położona jest wœród skał, które teraz nam towarzyszyły. Z czasem stały się coraz mniejsze, aż całkowicie ustšpiły piaszczystemu krajobrazowi. Po drodze znowu widziałem gazele oraz po raz pierwszy i jedyny – małpy. Lunch zjedliœmy w cieniu skały, nieopodal malowideł. Kolejne godziny minęły i zawitaliœmy w Wadi Wei. Jest tam studnia, przy której akurat poiły się wielbłšdy. Nomadzi nie ucieszyli się na nasz widok, ale po uiszczeniu opłaty (10.000 franków) u przywódcy mogliœmy fotografować. W dalszym cišgu nie podobało się to pozostałym osobom. Oaza nie wyglšdała na permanentnie zamieszkałš i stanowiła przystanek przed wędrówkš przez pustynię rozcišgajšcš się w kierunku wschodnim oraz północnym. My obraliœmy kierunek północny. Zanim na dobre wjechaliœmy pustynię dzień się skończył, a my stanęliœmy obozem w niezwykle wietrznym miejscu. Nieopodal była jednak ładna formacja skalna oraz łuk. Wymagało to nieco siły w nogach, ale zdjęcia to wynagrodziły. Wdrapałem się na półkę skalnš, z której trudno póŸniej było mi zejœć. Z pomocš przyszła diuna, która wyrosła nieopodal. Skoczyłem na niš.


Skałki przed wschodem słońca.


Znalazłem w skałach półotwartš grotę.


Z pięknym widokiem na wschód.


Było też okno na południe.


Boczne œwiatło o poranku.


Przyczyna radoœci wielu osób i symbol postępu...


Fada i jej sklepy.


Ubrania szyte sš na miejscu.


Panowie uznajš tylko pozycję na bacznoœć.


Każdy sklep sprzedaje 1001 drobiazgów. Wszystkie użyteczne.


Rynek spożywczy. Robienie zdjęć surowo wzbronione (nie dotyczy rybiego oka).


Towar fotografować jednak wolno.


Wszystko sprzedawane na garnki.







Pomidory może nie wyglšdajš, ale jak smakujš!


Wadi Wei. Ta wkopana w ziemię beczka to studnia.


Inna beczka jest wannš. Pomyłki mogš być niebezpieczne.


Gumowe wiadra sprawdzajš się najlepiej.


Szef oazy.


Wielbłšdy przygotowywane były do drogi.


Skałka przy noclegu.


Teren usiany był skalnymi grzybami.


Łuk tuż po zachodzie słońca.


Z płaskowyżu...


Ten punkcik po prawej to wschodzšcy księżyc - nasza nocna latarnia.


Spotkanie dnia z nocš.


Zabrakło tylko œwiatła...

6 II 2012 - Depresjš Mourdi do Demi

W nocy wiatr mocno zacinał piaskiem i byłem wdzięczny, że rozbija się o œcianę namiotu a nie o mnie. O 5:00 zaczšłem przygotowywać się do porannej sesji. Celem była wczorajsza półka skalna. Odkryłem, że statyw zatknięty jednš nogš za pasek niesie się całkiem wygodnie, a ręce pozostajš wolne do wspinaczki. Zdobywanie półki skalnej, które dzień wczeœniej wydawało mi się wyczynem, dzisiaj nie zrobiło na mnie wrażenia. Powtórzyłem też ewakuacje przez diunę. Kiedy robi się coœ po raz pierwszy towarzyszy temu dreszczyk emocji. Jak już się wie, że to możliwe frajda znika. Tuż przed wschodem słońca postanowiłem zmienić miejscówkę i szybkim truchtem przemieœciłem się pod sam łuk skalny. Ileż to potu trzeba przelać za dobrš pozycję przy robieniu zdjęć...
Zaraz po wyjeŸdzie z obozu Omar zatrzymał samochód i obniżył ciœnienie w ogumieniu do 1.2 bara. Przed nami piaszczysta pustynia! Pierwszš przeszkodš okazał się jednak ostry i kamienisty podjazd. Wszyscy pasażerowie zostali poproszeni o opuszczenie samochodów i na piechotę pokonaliœmy najtrudniejszy kawałek. Na skraj diun dotarliœmy po dwóch godzinach. Wydmy sš ruchome i jadšc po œladach trafiliœmy w œlepy zaułek. Ze wszystkich stron otaczały nas œciany, których nie sposób było sforsować. Wróciliœmy więc po własnych œladach i pojechaliœmy na około. Dalsza droga przez diuny nie nastręczała już trudnoœci.
Jazda po wydmach wymaga wprawy. Jako pasażer miałem ograniczonš możliwoœć wyczucia samochodu. Podzielić się mogę tylko obserwacjami: Omar starał się jeŸdzić kamienistymi zboczami gdzie tylko to było możliwe. Nawet najmniejsze kamienie pod kołami dawały lepszš przyczepnoœć. Tylko z rzadka forsowaliœmy diuny centralnie, a rozpędu nabieraliœmy jadšc wczeœniej wzdłuż zbocza. Piasek trudno było wyczuć. Próbowałem bezskutecznie ocenić, który typ piasku gwarantuje, że nie jest grzšski. Nawet ten z kępkami trawy okazywał się zdradziecki. Raz koła toczyły się po twardym piasku, by po chwili zapaœć się aż po osie. Różnicy na powierzchni nie było widać. Nie zmieniało się też nachylenie wydmy. Szybkie jeżdżenie bywało niebezpieczne – zapadnięcie się w piasku przy szybkoœci 40km/h skończyło się ostrym szarpnięciem i zniszczeniem przedniego zderzaka. Kluczem do sukcesu była jednak właœciwa prędkoœć. Omar starał się zawsze dojeżdżać do szczytu wydmy wolniutko, tak aby wyhamować gdyby druga strona diuny okazała się stroma (często bywajš niemal pionowe). W godzinach południowych, kiedy zawieszone wysoko nad głowami słońce nie powoduje powstawania cieni, ocena ukształtowania wydm jest bardzo trudna. Nie tylko na zdjęciu pustynia wyglšda płasko – w rzeczywistoœci też nie widać poczštku i końca diuny.
Ważne jest wjeżdżanie na oraz zjeżdżanie z wydmy prostopadle, bez przechyłów. Zakopanie się przy podjeŸdzie nie było groŸne. We wszystkich przypadkach wystarczyło wrzucić wsteczny bieg, zjechać zgodnie z nachyleniem terenu, a na dole poszukać alternatywnej drogi. Zakopać się można również zjeżdżajšc z małš prędkoœciš i jest to groŸniejszy przypadek. Dysponujšc jednak metalowymi szynami, łopatami oraz siłš 15 osób przejeżdża się przez piaski doœć komfortowo.
Na pustyni, gdzie jak okiem sięgnšć piach, w dalszym cišgu jest życie. Widziałem dwie gazele oraz dwa listy pustynne – Fenki. Jeden pozwolił się nawet do siebie zbliżyć. Grunt to nie iœć szpalerem bezpoœrednio na zwierze tylko w zbitej grupie (jeœli już grupa chce fotografować) oraz pod ukosem. Dobrze jest udawać, że zwierze nas nie interesuje i tylko z rzadka odwracać się w jego kierunku.
Przez dłuższy czas na horyzoncie majaczyło coœ czarnego. Wydawało mi się to skałš, ale kiedy już dojechaliœmy do tego punktu okazało się, że to postawna akacja. Lunch pod niš, na œrodku piaszczystej pustyni pozostawił niezatarte wrażenia. Zwłaszcza, że spotkaliœmy tam mrówki – srebrne, duże, bardzo szybkie i natarczywe. W czterdziestostopniowym upale deser w postaci arbuza był spełnieniem marzeń (a jego pozostałoœci spełnieniem marzeń mrówek). Przed wieczorem wyjechaliœmy z wydm i kamienistš drogš dotarliœmy do wioski Demi. Zanim tam zawitaliœmy złapaliœmy w sumie dwa kapcie. Wymiana opony zajmowała zespołowi jakieœ 5-7 minut. Nowy rekord œwiata. Kiedy wjeżdżaliœmy do Demi słońce niemal już zaszło. Zdšżyliœmy tylko nabrać wody. Wokół nas błyskawicznie rozstawiły się kramiki z ciekawymi rzeczami. Był tu duży wybór biżuterii, noży oraz mieczy. Mieszkańcy rygorystycznie i pod żadnym pozorem nie pozwalali na zdjęcia. Pierwszy raz spotkałem się tutaj z chłopakami, których roboczo nazwałem strażnikami. Na oko dziesięciolatek (lub kilku) kršżyło między nami i kontrolowało, czy nikt nie robi zdjęć. Jeœli ktoœ choć unosił aparat do oka od razu krzyczał i groził palcem (w pogotowiu były też kamienie). Na dobrš sprawę nie wiedział on nawet na czym polega robienie zdjęć, bowiem jak się ktoœ uparł to mógł robić zdjęcia „z biodra”. Powstaje wtedy jednak pytanie kto w tej sytuacji wie mniej o robieniu zdjęć – ten kto liczy, że losowo trafi mu się cokolwiek wartego uwagi, czy ten kto przyzwala na takš amatorkę?
Z Demi wyjechaliœmy w poœpiechu (słońce niemal już się schowało) i około 5 kilometrów za miastem, na diunie rozbiliœmy obóz. Zachód słońca był ładny, tym bardziej że nie przeszkadzał w nim żaden pył. Kiedy rozkładałem na wydmie materac, by spędzić noc pod gołym niebem powietrze było krystaliczne i nie poruszał nim nawet najmniejszy podmuch. Sytuacja uległa diametralnej zmianie po kolacji. Jeden rzut oka na horyzont zdradził, że góry, które jeszcze przed chwilš były œwietnie widoczne w œwietle księżyca zniknęły, a i sam księżyc jakoœ zbladł. Nie zastanawiajšc się długo rozbiłem namiot. Po dwóch godzinach, kiedy usiłowałem zasnšć z namiotem bijšcym mnie po głowie (wiatr go po prostu składał) zdecydowałem się na przeprowadzkę. Na zewnštrz szalała burza piaskowa. Gogle byłyby tu jak znalazł, ale ich nie miałem. Po rozpoznaniu terenu znalazłem cichsze miejsce bezpoœrednio za samochodem, gdzie zdšżyła się już usypać pokaŸnych rozmiarów diuna (samochód był częœciowo zasypany). Przecišgnšłem tam namiot z zawartoœciš, a pokrowcem torby zapchałem lufcik w dachu. Mimo tego w namiocie miałem miniaturowš burzę piaskowš. Próby strzepywania piachu ze œpiwora kończyły się wystrzeliwaniem iskier z pod moich palców. Wszystko było naelektryzowane. Namiot przestał jednak mnie bić po głowie. Warunki wystarczajšce do zaœnięcia. Po trzech godzinach poczułem jednak, że coœ mnie przyciska. To œciana namiotu od strony samochodu przygnieciona została przez formujšcš się tam diunę. Musiałem wyjœć na zewnštrz i odkopać namiot. Czynnoœć powtórzyłem jeszcze rano, gdyż w przeciwnym wypadku nie zdołałbym go złożyć. Jak się dowiedziałem póŸniej, w nocy niektórzy podjęli próbę rozstawienia dodatkowych namiotów (znaleŸli się tacy, którzy przespali całš noc na piachu), ale wiatr skutecznie to uniemożliwił. Niektórzy (np.: Omar) przenieœli się do samochodów. To była długa noc...


Rano udałem się w okolice łuku skalnego.


Z tej okazji pokazały się nawet chmury na niebie!


Diuna na pierwszym planie służyła do ewakuacji.


Szybki marsz na oœwietlonš stronę łuku.


ZapowiedŸ tego, co przed nami. Ciœnienie na 1,2 bara.


Samochody ten odcinek przejechały na pusto.


Takich wraków mijaliœmy po drodze wiele.


Omar na postojach wykorzystywał każdy skrawek cienia.


To już piaszczysta depresja Mourdi


Długo nie trzeba było czekać na pierwsze zakopanie się.


Grunt to wiedzieć kiedy się wycofać.


Fenek


Nasłuchuje owadów pod ziemiš, wykopuje je i zjada.


Akacja lunchowa.


Omar sprawdza nachylenie diuny przed Demi (w tle).


Można przejechać.


Zdjęcie pstryknięte z samochodu. Mieliœmy niedoczas i nie dało się zatrzymać.


A to już przymusowy przystanek przed Demi na zmianę gumy.


Zdjęcie zrobione podstępnie w Demi. Warto było?


Pora rozbijać obóz.ˆ


Optymistycznie zamierzałem spać pod gwiazdami.


Powietrze jak kryształ.


Księżyc przyœwieca.


Rano zostało tylko pobojowisko.


Rozbiłem namiot, a póŸniej przeprowadziłem go za samochód.


Pół materaca przygniotła œciana namiotu.


Diuna na mnie weszła.


Obozowaliœmy w korycie rzeki piasku.


Wieczorem było tu płasko. W tym czarnym zawiništku ktoœ spał.


O widać rękę! Żyje! Widzicie w tle majestatyczne góry?


Ale co to za życie? ;)

Do częœci drugiej --->